Aga Magiera o mnie

Cześć, fajnie że jesteś!

Nazywam się Aga Magiera i mam fioła na punkcie nutrigenomiki i nutrigenetyki.

I Tatr.

I buldogów francuskich.

A także wszystkiego, co psów dotyczy.

Zaparz sobie kawę, bo to będzie długi tekst 🙂

Zapraszam!

 

 

Wszystko zaczęło się od miłości do psa.

Bo i psy były koło mnie zawsze.

Mniejsze, większe, kundelki i rasowce. Znajdowane, przygarniane, kupowane czy adoptowane.

Ale ten jeden, szczególny, śpi teraz zwinięty w kłębek, co jakiś czas podnosząc głowę i sprawdzając, czy przypadkiem nie przemyciłam na biurko czegoś do jedzenia.

Nie jest sam.

Obok niego śpią dwie adoptowane w międzyczasie siostry. Cała trójka, czujna jak surykatki na pustyni, tylko czeka na sygnał do zabawy. Czasem dosłownie mam wrażenie, że wiedzą, kiedy stawiam kropkę w tekście lub kończę pracę. Momentalnie stoją przy nodze, zwarte w szeregu i gotowe.

Ale teraz, gdy tak patrzę, jak sobie spokojnie śpią, wiem jedno – chcę, by żyło im się jak najlepiej i – dla mojego szczęścia – jak najdłużej. Oczywiście, w pełni zdrowia.

Poznaj moje wesołe stadko

Poznaj moje wesołe stadko

Poznajcie Batona. Dzięki niemu zajmuję się dziś żywieniem i zdrowiem psów.

Zawsze chciałam zostać weterynarzem, jednak miłość do zwierząt to jedno a fobia przed krwią i igłami to zupełnie inna sprawa 🙂

Chciałam, ale wiedziałam, że nie podołam i nie zostanę lekarzem, który będzie sprawnie posługiwał się skalpelem. To było ponad moje siły. Dlatego wybrałam inną ścieżkę edukacji.

I to właśnie historia tego małego urwisa sprawiła, że wróciłam do tematów około-weterynaryjnych i poświęciłam mnóstwo czasu, by zrozumieć, jak mogę mu pomóc.

 

A dzięki temu – jak mogę pomóc innym psom.

O mnie Baton Psiegryzki

Baton

Baton pojawił się u nas jako maluszek i mimo że podeszłam do jego zakupu bardzo poważnie, zapoznałam się z rasą, jej zaletami i obciążeniami, to sytuacja szybko nas zaskoczyła. Chłopak nie rósł, zaczął łysieć, w lecznicy byliśmy po parę razy w tygodniu, wykluczając kolejne choroby.

W tym czasie prowadziłam bardzo aktywne życie, wsparte zdrową i zbilansowaną dietą, z wielu powodów bliską paleo. Z tej przyczyny, zupełnie naturalnie skierowałam swoje skupienie w stronę żywienia malucha i po konsultacjach na forach, postanowiłam żywić go w duchu barf.

Problem jednak zamiast się zmniejszać, zaczął się nasilać. Skonsultowałam się z Panią polecaną na grupach, wprowadziła delikatną korektę diety obiecując, że szybko pojawi się zmiana na lepsze. Tymczasem mój pies słabł nadal. A ja absolutnie nie wiedziałam, co mam robić.

Alergia, zaburzenia wchłaniania – problemy zamiast się wycofywać, narastały lawinowo.

Nic się nie zgadzało, nic nie szło tak, jak obiecywano w książkach. Kolejne osoby rzucały okiem na plan i nie umiały mi odpowiedzieć, co robię nie tak. Skupiłam się więc na szukaniu w plikach źródłowych i materiałach anglojęzycznych.

I tak to się zaczęło. Książka za książką, kurs za kursem, szkolenie za szkoleniem, live’y, webinary, szkoła i pochłonęło mnie to bez reszty.

W międzyczasie, z pomocą naszego ulubionego weterynarza, udało nam się wyprowadzić Batona na prostą. I żeby była jasność. Barf nie jest zły – barf był zły – dla niego, wtedy!

Sansa/Sula

o mnie Sula Psiegryzki

Sansa / Sula

Sula zamieszkała z nami w listopadzie 2016r.

W czerwcu zarejestrowałam się w fundacji zajmującej się adopcjami buldogów, czyli w Załodze Buldoga. Sula pojawiła się tam w lipcu a ja weszłam w jej historię i wpadłam jak śliwka w kompot.

Poważne problemy z kręgosłupem, z chodzeniem, z załatwianiem się, ale wiedziałam już wtedy, że to ONA! I musi trafić do nas. Wyglądała zresztą jak bliźniaczka Batona! To nie był przypadek.

I ten smutek w oczach.

Wiedziałam, że jej pomogę, bo przecież nasz weterynarz w międzyczasie operował łapkę Batona, ufałam mu i wiedziałam że zrobi wszystko, jak należy. Pisałam o tym w jej wątku natrętnie jak mucha. I w końcu w listopadzie dostałam info, że mogę zabrać ją z domu tymczasowego.

Stan Suli okazał się gorszy, niż wynikało to z opisów. Sansa-Sansula-Sula praktycznie nie chodziła, wlekła za sobą tylne nogi, po których na pierwszy rzut oka widać było, że mięśnie są zaniku. Jeśli nawet wstała, to po przejściu kilku kroków była już zbyt słaba na kontynuację. A dwa: szurała, więc nasz pierwszy wspólny mikro-spacer zakończył się odnowieniem obtarć na łapach. Takie „chodzenie” nie wchodziło w grę.

Niestety, weterynarz nie miał dla nas dobrych wieści, gdyż zmiany na jej kręgosłupie były tak stare i tak zaawansowane, że rokowania na poprawę stanu po operacji były znikome.

Ale jak już wcześniej sygnalizowałam, ten sam weterynarz, parę lat wcześniej operował rzepkę Batonowi. Już wtedy wiedziałam o potrzebie masowania łapki, by szybciej przywrócić jej sprawność. Teraz temat wrócił z dużo większą siłą. Weterynarz opowiedział nam o innych możliwościach, o terapii fibroblastami, o rehabilitacji, fizjoterapii i o tym, że możemy znacznie poprawić jej stan bez operacji. Szczególnie że przewrotu i takiej jednoznacznej naprawy zdrowia ta operacja nam nie zagwarantuje.

Mi więcej mówić nie trzeba było.

Wiedziałam jak zmienić dietę, jak ją dopasować by dziewczyna przybrała na wadze, nabrała sił, ale nie obrosła tłuszczem. Potrzebowałam wiedzieć, jak mogę ćwicząc z nią w domu, ratować jej te łapki.

I znowu: rehabilitacja, akupresura, masaż psów, ćwiczenia, mobilizacja, zoofizjoterapia… wszystko trafiło w strefę mojego zainteresowania. Filmiki, relacje, szkolenia online, warsztaty online, konsultacje z fizjoterapeutami z USA, pokazy na zamkniętych grupach i wytrwałe masowanie łapek całymi tygodniami.

Domyślacie się zapewne, że nie pisałabym o tym, gdyby nie przyniosło to zamierzonych efektów.

Wiosną 2017 roku Sula była już osiedlowym postrachem wszystkich kotów. Doszliśmy do momentu, gdy 5km spacerów nie było problemem. Chodzenie było wolniejsze, inne jak u zdrowego psa, ale zaczęła pięknie uginać tylne łapki, co zlikwidowało szuranie. A w raz z tym – przyszła jej chęć na harce. Gdy pierwszy raz wywróciła się na plecy, by wytarzać się w błocie, płakałam z radości.

Ale, ale, jest jeszcze 3 piesioł

Ale, ale, jest jeszcze 3 piesioł

Bomba

Trzecia bulwa była przez nas nieśmiało planowana, ale nie teraz.

Gdy pojawiła się pilna potrzeba dania domu tymczasowego bidom odebranym z pseudo-hodowli, jechałam odebrać psa, który pomieszka u nas 2 tygodnie i nauczy się od Batona i Suli, że ludzie mogą być fajni – nic ponad to. Pójdzie w świat, do którego przygotuję jak najlepiej.

Tymczasem na stacji benzynowej wolontariusze przekazali mi nie jednego a dwa przerażone psy, jednego w typie buldoga i jednego w typie pomeraniana. Do mnie, zgodnie z ustaleniami miał jechać pomeranian – dziś zresztą bardzo szczęśliwy w innym domku. Buldog nie był dla mnie.

o mnie Bomba Psiegryzki

Historia Bomby w tamten dzień mogła skończyć się tragicznie.

Pies został mi wydany już po interwencji weterynarzy, gdyż w trakcie transportu z pseudo-hodowli dostała udaru. Maleńkie 6 kilo trzęsącego się wytrzeszcza, mokra i śmierdząca – została wsadzona do mojego samochodu i szybką decyzją rzuciłam, że zmieniam ustalenia. Ona jedzie do mnie.

Sunia była przerażona, kłębek nerwów, płaszczyła się przed człowiekiem, sikała z przerażenia. Wraz z Maszą, pomeranianką, załatwiły mi ze stresu całe auto, nawet ciężko powiedzieć, którym końcem 🙂 Padł GPS, zatrzymała mnie policja za przekroczenie prędkości… i puścili wolno, widząc jakie wybrudzone wymiocinami cudaki mam w samochodzie.

Mała okazała się przylepą – zdrową fizycznie, ale zrujnowaną psychicznie. Pierwsze tygodnie to był koszmar. Bała się zgaszonych świateł w nocy. Jednego dnia się tuliła, drugiego chowała w szafie w najdalszym kącie. Nie potrafiła jeść z miski, nie potrafiła zachować czystości. Pies-Biegunka. Czy muszę jednak dodawać, że skradła nasze serca i nigdzie się nie wybiera?

Jak się okazało w trakcie sterylizacji, jakieś bydle źle ją poszyło po cesarce. Jelita były pozrastane z macicą, co powodowało znaczny dyskomfort u psa. Sterylizacja z prostego zabiegu okazała się więc długim sprzątaniem i naprawianiem wszystkiego po kolei. Po raz kolejny okazało się, że zaufałam właściwemu weterynarzowi i dzisiaj Bomba to nadal lękliwa, ale już bardzo rozbrykana dziewczyna.

W międzyczasie konieczne było podkarmienie tej malizny. Z lękami radzimy sobie testując wszystko – znajomość fitoterapii, zoopsychologii, ćwiczenia ruchowe i umysłowe, metodę ttouch, a dzięki użytkowniczce kruelli z forum ZB – również kamizelkę przeciwlękową.

baton 2 o mnie

Nutrigenomika i nutrigenetyka

O tym, że dieta może spowodować wycofanie się choroby, miałam okazję przekonać się wiele razy i to nie tylko w związku z moimi psami.

Mąż całe życie zmagał się z przewlekłą alergią, ja z chorobą tarczycy, która nie ustępowała mimo zmiany dawek.

Równolegle do zdobywania wiedzy w temacie dietoterpaii w alergii i w chorobach tarczycy, wprowadzałam zmiany w naszym żywieniu a objawy znikały.

I tak dochodzimy do mojego ulubionego tematu: nutrigenomiki, czyli dziedziny nauki, która identyfikuje mechanizmy decydujące o tym, w jaki sposób żywność i żywienie wpływają na stan zdrowia. W jaki sposób składniki naszego pożywienia wpływają na ekspresję genów.  Nutrigenetyka natomiast skupia się na analizie różnic genetycznych, które istnieją np pomiędzy Tobą a mną, pomiędzy osobami z  odmiennych grup etnicznych i mogą decydować o odmiennych sposobach działania tych samych składników diety na te nasze różniące się genomy i fenotypy.

Pamiętacie jeszcze Batona? Jak słabł mimo pozornie świetnie dopasowanej diety?

Nutrigenomika i nutrigenetyka wyjaśniają dlaczego tak się stało. Te dwie dziedziny, w dużym uproszczeniu, wyjaśniają również, dlaczego diety, nawet ściśle trzymane, na jednych działają, na innych nie.

I jak to żywienie dopasować, jak je spersonalizować, by wyciągnąć z tego najwięcej dla siebie.

A co ciekawsze – ta nauka dotyczy również psów!

I to – dzięki moim psom – jest temat, w którym poruszam się jak ryba w wodzie.

I to jest temat, który chłonę jak gąbka śledząc publikacje na pubmedzie i forach branżowych.

Dzięki temu, zarówno Baton jak i Sula, zdecydowanie poprawiły swój stan zdrowia.

 

A Bomba – mimo że z natury jest mikro pieskiem – uzupełniła niedobory i tryska energią.

 

Fitoterapia pozwala mi coraz lepiej kontrolować jej lęki.

Łatwo nie było

W prawdzie nie mam problemów z językiem angielskim, to czytanie tekstów naukowych w tym języku to było spore wyzwanie. Głównie przez ciężar materiału i język, gdyż na moją półkę trafiały głównie publikacje pisane przez naukowców dla naukowców. Pisanie prac zaliczeniowych czy udział w grupach również nie należały do prostych zadań.

Ale frajdę mam z tego niesamowitą.

Zdobyłam:

  • Canine Diet Formulation– Certificate with Distinction, The Possible Canine,
  • Advanced Canine Nutrition Certificate (Cert.ACN)- Companion Animal Sciences Institute
  • Clinical Pet Nutritionist(C.P.N)- Academy of Natural Health Sciences

posiadam certyfikaty ze szkoleń z:

  • zakresu fitoterpaii,
  • odchudzania psa,
  • opieki nad zwierzętami starszymi,
  • z zakresu diet RAW i BARF,
  • diety w chorobach odkleszczowych,
  • diety w chorobach stawów,
  • udzielania pierwszej pomocy,

Dodatkowo po pojawieniu się Suli:

  • podstaw zoofizjoterapii,
  • podstaw akupresury,
  • masażu leczniczego psów i kotów,

Aktualnie jestem w trakcie nauki o dietoterapii w przypadku raka u psów. Mam nadzieję, że uda mi się zakończyć to do czerwca przyszłego roku, gdyż jest to chyba najtrudniejszy temat, z którym przychodzi mi się mierzyć.

Mam nadzieję, że zainteresuje Cię, co mam do powiedzenia i jak mogę Ci pomóc.

latwo nie bylo